wtorek, 30 września 2014

"Baby" w podróży cz. 2

Zbyt długo nie umiem usiedzieć w miejscu, więc po powrocie z Kątów Rybackich zaczęłam planować kolejną wyprawę, tym razem w babskim gronie. Naszą majowo-czerwcową wyprawę do Łubinowego Wzgórza opisałam w poście "Baby" w podróży. Wtedy niestety nie mogła z nami pojechać jedna z bab, więc obiecałyśmy sobie, że we wrześniu wybierzemy się na kolejną wyprawę, tym razem już w komplecie.

Gdy pod koniec sierpnia robiłyśmy rezerwację na Łubinowym Wzgórzu, do naszej wyprawy został miesiąc oczekiwania, myślałyśmy wtedy, że to jeszcze tyle czasu...  Jednak ten miesiąc minął tak szybko, że tylko się obejrzałyśmy a już pakowałyśmy walizki na naszą kolejną babską wyprawę. Szefowa poszła nam na rękę i pozwoliła wziąć piątek wolny, więc tym razem nasza wyprawa była zaplanowana na 3 dni.

W piątek o 8:30 stawiłyśmy się w komplecie na Dworcu Centralnym, skąd odjeżdżał bus do Kazimierza Dolnego. Czułyśmy się jak na szkolnej wycieczce, każda miała przygotowany prowiant na drogę ;) Chociaż poranek był bardzo chłodny, słońce coraz odważniej wychodziło zza chmur i z godziny na godzinę zaczynało się przejaśniać.

W Kazimierzu przywitała nas słoneczna pogoda. Po podróży pierwsze kroki skierowałyśmy do sprawdzonej restauracji "Zielona Tawerna", żeby skosztować wyjątkowych pierogów, o których marzyłyśmy już od poprzedniej wizyty w tym miejscu, kiedy to zachwyciły nas te pierogi. "Zielona Tawerna" to magiczne miejsce z duszą, niezwykle klimatyczne, z przepiękną zieloną tawerną ale przede wszystkim wszystkie potrawy zachwycają tu smakiem!!!






Po ogromnej porcji pierogów, dosłownie pękałyśmy w szwach ale nie byłyśmy w stanie odmówić sobie deseru, ja wybrałam oczywiście szarlotkę, podaną na ciepło z lodami waniliowymi - niebo w gębie!!!



Brzuchy najedzone, więc czas ruszać w dalszą drogę. Z Kazimierza Dolnego lokalnym busikiem ruszyłyśmy do Łąk, gdzie znajduje się Łubinowe Wzgórze - cel naszej wyprawy.



Po rozpakowaniu walizek postanowiłyśmy skorzystać z ostatnich promieni słońca, więc rozłożyłyśmy leżaki w pięknym ogrodzie, humory od rana nam dopisywały ale czy w takim okolicznościach może być inaczej?!



Ze względu na fakt, że dwie baby z naszej czwórki są już mamami, rzadko kiedy mamy okazję, żeby spotkać się w pełnym składzie poza pracą, więc taki wyjazd to doskonała okazja do niekończących się rozmów, ploteczek i wymiany spostrzeżeń na rozmaite tematy. Śmiechu było co nie miara, chwilami aż do łez!!! To właśnie uroki takich babskich spotkań.
Gdy słońce zaszło i na dworze zrobiło się chłodno, przeniosłyśmy się do chatki i przy cieple pieca, w którym dziewczyny dzielnie rozpaliły, kontynuowałyśmy niezwykle udany wieczór.



Sobotni poranek przywitał nas rześkim powietrzem, na śniadanie udałyśmy się lekko zaspane ;) Śniadania serwowane na Łubinowym Wzgórzu charakteryzują regionalne produkty - oryginalne konfitury, rozmaite sery i wędliny - można smakować do woli!!! Ponieważ do południa prognozy nie były optymistyczne wygrzewałyśmy się w chatce. Emilka - nasz MasterChef przygotowała dla nas pyszny obiad.



Ok. godziny 14 wyszło piękne słońce, więc przeniosłyśmy się do ogrodu. Zimny poranek zmienił się w ciepłe popołudnie, leżałyśmy na fotelach rozkoszując się promieniami wrześniowego słońca i uśmiech nie znikał nam z twarzy!!!




Emilka zamówiła u kucharza ciasto na deser, więc po 40 minutach oczekiwania pałaszowałyśmy przepyszną, gorącą szarlotkę.


Po pysznym deserze postanowiłyśmy wybrać się na spacer, na łąki.






Dobrze nam zrobiła ta krotka wędrówka w promieniach zachodzącego słońca ale z minuty na minutę robiło się coraz chłodniej, więc posiedziałyśmy jeszcze chwilę na tarasie i wróciłyśmy do chaty.



Repertuar na dzisiejszy wieczór był wprost idealny - "Lejdis", mogę ten film oglądać bez końca!!!

Niedziela od rana była słoneczna, smaczne śniadanie, pakowanie (niestety te trzy dni minęły w błyskawicznym tempie), do 11 musiałyśmy opuścić chatę, więc spakowałyśmy się na czas ale postanowiłyśmy jeszcze zrelaksować się w ogrodzie.



Po tak miło rozpoczętym dniu ruszyłyśmy w drogę do Kazimierza, autobus powrotny do Warszawy miałyśmy dopiero o 16:20, więc zostało nam jeszcze sporo czasu. Zaczęłyśmy od obiadu, oczywiście w "Zielonej Tawernie".


Po obiedzie ruszyłyśmy na podbój Kazimierza ;) Na szczęście udało nam się zostawić walizki na przechowanie w restauracji, więc mogłyśmy swobodnie spacerować po kazimierskich kocich łbach. Kupiłyśmy pamiątki, od czasu naszej ostatniej wizyty w Kazimierzu mam dwa ulubione sklepiki. Pierwszy to Kazimierski Skład Towarów Niezwykłych - tradycyjne i lokalne produkty, wyśmienite konfitury, soki i syropy owocowe, rozmaite rodzaje piwa i wiele, wiele więcej. Poprzednim razem kupiłam konfiturę z malin z kokosem i ajerkoniakiem - pychota! Tym razem kupiłam mus z malin, miodowe piwo dla Męża i oryginalne krówki ciągutki. Drugi sklepik znajduje się po sąsiedzku to Galeria Lawenda, tam podoba mi się dosłownie wszystko, cudne miejsce!!! Już samo patrzenie na te piękne przedmioty sprawia ogromną przyjemność. Na pamiątkę przywiozłam sobie uroczo ozdobioną puszkę na akcesoria do szycia.


Po spacerze i zakupie pamiątek zgodnie stwierdziłyśmy, że to idealna pora na deser, więc wróciłyśmy do "Zielonej Tawerny", z karty deserów wybrałyśmy kruchą tartę z serkiem mascarpone i świeżymi malinami, do tego przepyszna lemoniada. Idealny deser zjedzony na słonecznym tarasie w niedzielne ciepłe popołudnie w miłym towarzystwie - pełnia szczęścia ;)




Niestety nasz babski weekend dobiegł końca... zapakowałyśmy się do autokaru, który zawiózł nas do Warszawy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz